tęsknoty...
Spacerując brzegiem morza, spaceruję brzegiem swoich tęsknot... Uśmiecham się i wzruszam jednocześnie. Jestem tu ,
a jednak unoszę się nad ziemią. Łapię tęsknoty w kieszeń i ogrzewam dłońmi, potem długo przyglądam się im
z ostrożnością i zatrzymuję na dłużej te najbliższe, o których inni mówią z nieukrywaną wrogością. I trochę boję się zanurzyć w tym morzu wspomnień, i trochę drżę na myśl, że mogłabym obmywać nimi ciało. Wolę chować je w kieszeni i ogrzewać, aż staną się bliskie...
Bo zimne jak wody Bałtyku, często spienione, gniewne, zachłanne wołają na pokuszenie i tylko czasami spokojne otulają ciepłymi muśnięciami, pieszczą dłonie , wkładają w nie pędzel, każą dotykać płótna, jak w narkotycznym transie zmuszają do wynurzeń.
Moje tęsknoty to jedyna stałość jaką mam. Powracam do nich bez względu na to jakie są, bo są...
Morze jest piękne samo w sobie, tęsknoty także.











